19. OGRÓD RAJSKI


Był niegdyś na świecie syn książęcy; nikt nie miał tylu pięknych książek, co on. Wszystko, cokolwiek się stało, mógł z ich kart, ozdobionych różnemi malowidłami, wyczytać.

I dlatego wiedział o wszystkich ludach i krajach. Ale w książkach nie było nigdzie ani słowa o ogrodzie rajskim, o którym mały książę myślał najczęściej. Chcielibyście wiedzieć, dlaczego tak sobie głowę zaprzątał rajskim ogrodem?… Oto, gdy był maleńki i zaczynał się uczyć, babka jego opowiadała mu, że niektóre z kwiatów w tym ogrodzie są najsmaczniejszemi ciastkami, kielichy zaś innych napełnia doskonałe wino. Każdy przytem z kwiatów zawiera jakieś wiadomości, potrzebne dzieciom do nauki. I wystarczy tylko jeść owe ciastka i zapijać je kwiatowem winem, aby coraz więcej posiadać przeróżnych potrzebnych mądrości.
Dopóki królewicz był mały, wierzył święcie w to, co mu dobra babka opowiadała, lecz w miarę, jak rósł i czytał dużo, stawał się coraz mądrzejszy i zaczął pojmować, że wspaniałości raju zupełnie na czemś innem polegały.
— O, dlaczegóż Ewa zerwała owoc z drzewa wiadomości? Dlaczego Adam go skosztował? Gdybym był na jego miejscu, nigdyby mi się to nie wydarzyło; nie przyczyniłbym się do powstania grzechu na świecie! —
I odtąd myślał o tem często królewicz. Myślał choć, był już siedemnastoletnim młodzieńcem, a ogród rajski zaprzątał mu ciągle najskrytsze myśli i marzenia.
Pewnego razu poszedł królewicz do lasu; poszedł sam, ponieważ kochał bardzo samotność. A tymczasem zbliżył się wieczór, nadciągnęły obłoki, wreszcie rozpadał się deszcz tak rzęsisty, jakby niebo było jednym, wielkim upustem. Zapadła mroczna noc. Wkrótce królewicz zaczął się poślizgiwać na mokrych trawach, potykać o wilgotne kamienie. Wszystko ociekało wodą, a na księciu nie było już dawno suchej nitki. Musiał przytem przedzierać się przez zwały kamieni, z których woda strumykami się sączyła. Nagle usłyszał królewicz jakieś niezwykłe trzeszczenie i ujrzał przed sobą obszerną, jaskrawo oświetloną jaskinię. Pośrodku płonął ogień tak wielki, że możnaby przy nim upiec całego wołu. Ogień ten rzeczywiście służył do czegoś podobnego, bo obracał się nad nim na rożnie, wspartym na dwuch jodłowych pniakach, wspaniały jeleń. Niemłoda kobieta tak wysoka i tęga, że wydawała się raczej mężczyzną, siedziała przy nim i dorzucała szczapy drzewa, jedną po drugiej.
— Zbliż się — rzekła, gdy zauważyła księcia — siadaj przy ogniu i osusz się.
— Jakiż tu przeciąg — powiedział książę, siadając na ziemi.
— Poczekaj, będzie jeszcze gorszy, gdy powrócą moi synowie. Jesteś w jaskini wiatrów, a synowie moi to wichry czterech stron świata.
— Gdzież są twoi synowie? — zapytał książę.
— Głupiec potrafi pytaniami swemi zadać robotę dziesięciu mędrcom — odparła na to kobieta. — Synowie moi są dojrzali i nigdy nie opowiadają się z góry. Pewno bawią się teraz piłkami obłoków tam wysoko w świecie — i mówiąc to, wskazała ręką w górę.
— Tak, tak, — przemówił książę — ależ dostaję ostre odpowiedzi; nigdy nie zdarzyło mi się usłyszeć czegoś podobnego od kobiet, które dotychczas spotykałem.
— Nie mają one nic innego do roboty, jak dawać słodkie odpowiedzi. A ja muszę być stanowczą, aby utrzymać w karbach moich zuchów. Czy widzisz te cztery worki, wiszące na ścianie? Lękają się oni ich taksamo, jak ty kiedyś rózeczki zatkniętej za lustrem. Wierzaj mi, że potrafię ich przytrzymać, gdy coś złego zbroją, a wtedy pakuję ich do worków. Tam już niczego nie dokażą. Siedzą cicho i nie wypuszczam ich dopóty, póki to uznam za stosowne. Ale otóż masz jednego.
W tej chwili jaskinię napełniło przeraźliwe zimno i pojawił się wiatr północny. Spadały przed nim na ziemię wielkie ziarna gradu, a śnieg kłębił się wokoło. Wicher odziany był cały w futra niedźwiedzie. Takaż czapa nasuwała się mu aż na uszy, a z brody zwisały długie sople.
— Proszę nie podchodzić do ognia — zawołał książę. — Tak można na nic odmrozić sobie twarz i ręce.
— Odmrozić! — zawołał wiatr i zaczął śmiać się głośno. — Mróz jest mi najmilszy. Skądżeś się tu wziął z temi ostrzeżeniami? Jakżeś trafił do jaskini wichrów?
— To mój gość — przerwała stara — a jeśli ci to nie wystarcza, dostaniesz się do worka. — I o dziwo! wicher północny uspokoił się odrazu i zaczął opowiadać, skąd przybywa i co porabiał cały miesiąc.
— Wracam z Lodowatego oceanu — mówił — gdzie razem z poławiaczami fok byłem na wyspach niedźwiedzich. Drzemałem już na ich sterze, gdy odpływali na morze. Kiedym się ocknął, ptak burzy krążył mi u nóg. Zabawny to ptak. Zrazu uderza szybko skrzydłami, a potem zatrzymuje je i mimo to leci szybko dalej.
— Opowiadajno bez dodatków — przerwała mu matka — a zatem dostałeś się na wyspy niedźwiedzie?
— O tak, wspaniale jest tam, arcywspaniale! Ziemia, tak jak stworzona do tańca, gładka jak talerz, z półstopniałego śniegu i mchu. Leżą tam tylko ostre głazy i szkielety fok i niedźwiedzi. Zda się, jakby nigdy słońce tam nie świeciło. Dmuchnąłem lekko w mgłę, aby odsłonić coś, co się śród niej czerniło. Był to dom, zbudowany ze szczątków okrętu, okryty skórami lwów morskich. Na dachu siedział wielki biały niedźwiedź i pomrukiwał sobie. Wtedy poszedłem na piaszczysty brzeg, zajrzałem do gniazd ptasich i poigrałem z pisklętami. Ponieważ krzyczały i wołały jeść, więc dmuchnąłem im w rozwarte dzioby, aby nauczyły się cierpliwości. A tymczasem dalej nad samą wodą przewalały się foki, niby olbrzymie gąsienice z głowami świń i olbrzymimi kłami.
— Rzeczywiście dobrze opowiadasz mój synu, — rzekła stara, — na samo opowiadanie ciecze mi już ślinka.
A wicher prawił dalej:
Wreszcie zaczęły się łowy. Pociski trafiały bezbronne foki i dymiąca krew zalała lód. A wtedy i ja przypomniałem sobie moje rozrywki i aby pokazać żeglarzom siłę podmuchu, napędziłem wielkie góry lodowe, które uwięziły ich statek. Jakże wtedy hałasowali oni i krzyczeli, ale ja dąłem głośniej. Aż wreszcie łowcy musieli statek opuścić. Wszystko: zabite zwierzęta, paki, beczki i liny, musiały być na lód wyładowane. Wtedy osypałem ich śniegiem, i całe obozowisko razem ze zdobyczą, popędziłem na oderwanej krze na południe. Skosztują tam napewno słonej wody i nie powrócą już nigdy na wyspy niedźwiedzie.
— Tak, aleś przecie w ten sposób źle czynił — rzekła mu matka.
— Wszystkie moje dobre uczynki niechaj ktoś inny opowie — dodał wiatr północny, — bo oto jest mój brat z zachodu, kocham go najbardziej, przypomina mi morze i przynosi miły chłód ze sobą.
— Czyż to jest właśnie maleńki zefir? — zapytał książę.
— Tak, to zefir, — odparła stara — tylko teraz urósł już znacznie. Za dawnych czasów był to piękny chłopczyna, lecz to już minęło.
Rzeczywiście wiatr zachodni wyglądał, jak dziki człowiek w swoim śpiczastym kapeluszu na głowie. W ręce dzierżył maczugę z mahoniu, gdyż innej podpory nie używał nigdy.
— Skąd przybywasz? — zapytała go matka.
— Z lasów dziewiczych — odpowiedział — gdzie liany łączą drzewa w nieprzebyte gęstwiny, gdzie wodne węże spoczywają w wilgotnych trawach, a ludzie wydają się niepotrzebni.
— Cóżeś tam porabiał?
— Patrzyłem na rzekę tam, gdzie, spadając ze stromych skał, zamienia się w pył wodny, płynący wolno w górę i grający ogromną tęczą w słońcu. Rzeką płynęły bawoły, prąd porwał je ze sobą; dzikie kaczki płynęły także z wodą, lecz przed samym wodospadem wzniosły się w górę, a woda musiała w dół spadać. Było to bardzo zabawne i dlatego zadąłem z całych sił i naobalałem trochę odwiecznych drzew, wyrywając je z korzeniami z ziemi.
— A prócz tego niceś nie robił? — pytała matka.
— Owszem, pędziłem dzikie konie przez sawannę i strącałem orzechy kokosowe. I mam jeszcze wiele, wiele rzeczy do opowiedzenia, ale przecież nie można wszystkiego, co się wie, odrazu powtórzyć. Wszak ty to wiesz, droga matko — zakończył wiatr i tak gwałtownie uściskał matkę, jak to tylko nieokiełzany dzikus zrobić może.
Wkrótce przybył po nim wiatr południowy w zawoju na głowie i rozwianym arabskim burnusie.
— Ach, jakiż tu ziąb — zawołał i dorzucił drzewa do ogniska, — zaraz można poznać, że pierwszy zjawił się północny.
— Jest tu tak gorąco, że niedźwiedź polarny by się upiekł żywcem — zaprzeczył tamten.
— Sam jesteś niedźwiedziem polarnym! — wykrzyknął wicher południowy.
— Czy chcesz się dostać do worka? — zapytała go wtedy matka, aby przerwać spór. — Siadaj lepiej na kamieniu i opowiadaj, gdzieś przebywał.
— W Afryce, matko! Byłem z Hottentotami na lwich łowach w kraju Kaffrów. Jakaż tam rośnie wspaniała trawa! Pomykały w niej antylopy, a struś ścigał się ze mną, lecz okazałem się szybszy w biegu. Później poszedłem na żółtą, piaszczystą pustynię, podobną do dna morskiego. Tam spotkałem karawanę. Właśnie ludzie, znękani skwarem, zabili ostatniego wielbłąda, szukając w nim wody, lecz znaleźli jej tylko troszkę. Z góry paliło słońce, a z dołu grzał rozpalony piasek. Wtedy zacząłem się w nim tarzać i podniosłem go wielkimi słupami do góry. Toż to był taniec. Możesz sobie wyobrazić matko, jak tulą się wtedy wielbłądy, a podróżni osłaniają zasypane piaskiem głowy. Ci rzucili się przedemną na twarz, jak przed Allahem, swym bogiem. Teraz są już pogrzebani, a nad nimi wznosi się wielkie wzgórze piaskowe. Gdy ich kiedy znów odwieję, wtedy słońce ujrzy tylko wybielone kości, a wędrowcy zobaczą, że i przed nimi byli tam już ludzie.
— A więc tylkoś zła narobił! — zawołała matka. — Idź za to do worka. — I zanim się wiatr południowy spostrzegł, chwyciła go za kark i wsadziła do środka. Uparciuch potoczył się w swem zamknięciu po ziemi, ale stara usiadła na worku, a wtedy musiał się uspokoić.
— Synowie twoi to prawdziwe zawadjaki — powiedział książę.
— Rzeczywiście — odpowiedziała stara — ale widzisz, jak ich potrafię uśmierzyć. Oto masz czwartego.
Był to wiatr wschodni, ubrany według chińskiej mody.
— No a cóżeś ty porabiał — zapytała go matka — myślałam, żeś był w ogrodzie rajskim.
— Polecę tam jutro — odparł przybyły. — Jutro upływa akurat sto lat od chwili, kiedy tam byłem ostatnio. Teraz wracam z Chin, gdziem tańczył wokół wież porcelanowych, dzwoniąc w wiszące na nich dzwoneczki. Podemną na placu zebrani byli wysocy urzędnicy różnych stopni, a pośrodku paru mandarynów dostawało plagi bambusowymi kijami. Winowajcy krzyczeli: — stokrotne dzięki, o synu nieba, za taką łaskawość! Ale ja wiedziałem, że tak musieli krzyczeć, pomimo woli i dzwoniąc dzwonkami, śpiewałem im: — dzing, dzang, dzung. —
— Jednem słowem broiłeś po swojemu — rzekła matka. — Dobrze, że jutro lecisz do ogrodu rajskiego. Napijesz się tam ze źródła mądrości, to ci przysporzy rozsądku; a nie zapomnij zabrać flaszeczki tej wody dla mnie.
— Zrobię tak napewno — obiecywał wiatr wschodni. — Ale dlaczegoś zamknęła brata w worku? Wypuść go. Musi mi opowiedzieć o ptaku feniksie. Wiele razy jestem w ogrodzie rajskim, muszę o nim księżniczce opowiadać. Otwórz worek, najdroższa, dobra mateczko, a podaruję ci zato dwie pełne kieszenie herbaty tak świeżej jeszcze i zielonej, jakby dopiero co na miejscu była zerwana.
— Dobrze, dobrze, w części dla herbaty, trochę dlatego, żeś moim ulubieńcem, zrobię to. — I stara kobieta otworzyła worek, a wiatr południowy wydobył się stamtąd z niechętną miną, gdyż wstydził się trochę nieznajomego.
— Masz tutaj liść palmowy dla księżniczki — rzekł on po chwili bratu. — Dał mi go stary ptak feniks, jedyny na świecie. Wypisał na nim dziobem całe swoje stuletnie życie. Niech księżniczka sama to przeczyta. Widziałem, jak feniks sam podpalił swoje gniazdo i spłonął wraz z niem, niby indyjska wdowa. Płonące gałęzie syczały i trzeszczały śród dymu i zapachu ziół, aż wreszcie wszystko się rozwiało i z feniksa pozostała kupka popiołu. Lecz jego jajo, które leżało w ogniu rozpalone do czerwoności, pękło wtedy z hukiem i młode pisklę wyleciało na swobodę. Obecnie jest ono królem ptaków i jedynym feniksem na świecie. Tutaj w rogu liścia masz wydziobany otworek. To pozdrowienie od młodego króla ptaków dla księżniczki.
— Dzieci, zabierajmy się wreszcie do jedzenia, — zawołała matka wichrów i wszyscy usiedli teraz razem i zabrali się do pieczonego jelenia. Książę zajął miejsce obok wiatru wschodniego i wkrótce czuli się, jak najlepsi towarzysze.
— Powiedz mi, proszę cię, — zaczął wypytywać książę — coto za księżniczka, o której tyle opowiadałeś i gdzie właściwie znajduje się ogród rajski?
— Oho! — zawołał wiatr wschodni, — jeśli chcesz to wiedzieć, to udaj się tam jutro ze mną. Lecz muszę ci dodać, że od czasów Adama i Ewy nie był tam jeszcze żaden człowiek. Wiesz to zapewne z opowiadań biblijnych?
— Tak, wiem — potwierdził książę.
— Kiedy ludzie zostali wtedy wygnani, zapadł się ogród rajski pod ziemię. Ale tam zachował on dalej swój blask słoneczny, swój rozkoszny klimat i całą wspaniałość. Zamieszkuje go królowa wróżek. Tam to znajduje się wyspa szczęśliwości dokąd śmierć nigdy nie dosięga. Siadaj mi jutro rano na ramiona, a zabiorę cię tam. Lecz na dziś dosyć już tego wszystkiego, noc jest późna, idźmy spać — dodał wiatr. — I wkrótce w jaskini wszyscy zasnęli.
Nazajutrz książę obudził się bardzo wcześnie i zdziwił się mocno, czując, że znajduje się wysoko w powietrzu. Niósł go na ramionach wiatr wschodni, przytrzymując ostrożnie, aby nie obudzić. Lasy, pola, łąki i wody widniały głęboko pod nimi, jak olbrzymia żywa mapa.
— Dzień dobry, — rzekł mu wiatr — możesz jeszcze troszkę pospać, gdyż tu w tym płaskim kraju nie zobaczysz nic ciekawego, chyba chciałbyś liczyć wieże kościelne. Wyglądają one, jak punkciki, zrobione kredą na zielonym obrusie.
— Martwię się, — rzekł książę, — żem nie pożegnał matki twej, ani braci.
— Bądź spokojny, kto śpi ten, nie grzeszy, — odparł wiatr i pomknął jeszcze szybciej. Bieg jego można było zauważyć po wierzchołkach lasów. Gdy nad nimi przelatywali, gięły się gałęzie i wstrząsały liście. A gdy nadbiegli nad morze, fale zaczęły się piętrzyć wysoko i wielkie okręty zanurzały się głęboko, to znów wznosiły na wodzie, jak płynące łabędzie.
Gdy wieczorem się ściemniło, wielkie miasta przedstawiały wspaniały widok. To tu, to tam lśniły one, rozsypane po ziemi, niby gniazda świateł. Wyglądało to, jak tysiące iskierek na spalonym papierze, kiedy dogasa i za chwilę w popiół się zamieni.
Książę klaskał z uciechy w dłonie tak, że aż wiatr prosił go, aby pilnował się i raczej trzymał mocno, bo mógłby upaść i zawisnąć na której z wież kościelnych.
Bo orzeł leci niesłychanie szybko, ale wiatr wschodni leciał jeszcze prędzej. — Teraz możesz już dojrzeć Himalaje — powiedział księciu, — jest to najwyższe pasmo gór w Azyi, a wkrótce będziemy blizko ogrodu rajskiego.
I wiatr skierował się trochę na południe, a wkrótce do obu podróżników doleciał od ziemi cudowny zapach kwiatów i ziół. Figi i granaty rosły tu wszędzie, a gałęzie winnej łozy uginały się pod ciężarem złotych i ciemnych jagód. Tutaj obaj opuścili się na ziemię w miękką trawę, a kwiaty pokłoniły im się główkami, jakby pozdrawiały przybyłych.
— Czy już jesteśmy w rajskim ogrodzie? — zapytał książę.
— Nie, jeszcze nie, — odparł wiatr — lecz wkrótce tam będziemy. Czy widzisz tę ścianę skalną i otwór jaskini zakryty, niby firanką, splotami dzikiego wina? Tamtędy jest przejście. Owiń się w swój płaszcz, bo choć tutaj słońce pali, ale o krok dalej spotkasz już lodowate zimno. Ptak, któryby to miejsce mijał, kąpałby jedno skrzydło w upale lata, podczas gdy drugiem jużby znajdował się w chłodzie zimy, taką nagłą jest tam zmiana powietrza.
— A więc to jest droga do raju? — zawołał książę.
I wkrótce obaj weszli do jaskini. Rzeczywiście było tam nad wyraz zimno. Ale mróz trwał niedługo. Wiatr znowu rozpuścił skrzydła, a tutaj zalśniły one jakby były z ognia i książę wtedy zobaczył, coto była za zadziwiająca jaskinia.
Olbrzymie zwały kamieni, z których sączyła się woda, wznosiły się tu i owdzie, niby jakieś widma. Droga to się tak zwężała, że ledwo można było się przecisnąć, to znów grota stawała się tak obszerną, że sklepienie gubiło się w wysokości. Wtedy skały po bokach wyglądały jak skamieniałe organy, albo chorągwie w jakiejś opuszczonej katedrze.
— Idziemy zapewne drogą śmierci do tego ogrodu, — myślał książę, ale wiatr wschodni nie mówił ani słowa, tylko wskazywał przed siebie, gdzie zaczynało prześwitywać łagodne, błękitne światełko. Skały po bokach zaczęły się coraz bardziej oddalać, aż wreszcie zamieniły się w dalekie góry tak blade, jak obłoczki przy świetle księżyca. Tu znów powiało wonne, łagodne powietrze, napełnione zapachem róż.
I oto wędrowcy znaleźli się nad rzeką przejrzystą, jak powietrze, gdzie pluskały się ryby srebrne i złote. Niektóre z nich świetnie purpurowe miały iskrzące, fioletowe plamki, a liście róż wodnych mieniły się barwami tęczy. Piękny, marmurowy most rzeźbiony, niby koronka, prowadził przez wodę na wyspę szczęśliwości, gdzie kwitł ogród rajski.
Wiatr wschodni wziął znów księcia na ramiona i przeniósł go na drugą stronę. Tam liście i kwiaty śpiewały najpiękniejsze historje z jego dzieciństwa, śpiewały tak cudownie, jak żaden głos ludzki tego nie potrafi.
Czyżby to były palmy, czy jakieś olbrzymie wodne rośliny, które tam rosły? Tak wielkich i grubych drzew nie widział jeszcze książę nigdy. Niby długie festony zwieszały się wkoło nich wijące rośliny, podobne z kształtu do tych, jakiemi malarze ozdabiali stare księgi podań, malując je farbami i złotem i oplatając niemi początkowe litery treści. Na tej cudownej wyspie książę widział najwspanialsze zbiorowisko ptaków, kwiatów i pnączy, zupełnie jak w owych książkach. W trawie stał cały tłum pawi z rozpuszczonymi, iskrzącymi ogonami i dopiero, gdy książę obejrzał je z blizka ujrzał, że to też są rośliny. Lwy i tygrysy pomykały, jak oswojone koty w gęstwinie, gdzie pachniało kwieciem migdałowem, gołębie, jak najpiękniejsze perły, spadały im prosto na grzbiety, a nawet bojaźliwe antylopy zbliżały się do nich, chwiejąc główkami, jakby chciały należeć do wspólnej zabawy.
Wreszcie zbliżyła się księżniczka raju. Szaty jej jaśniały, jak słońce, a twarz miała wyraz tak łagodny, jak szczęśliwej matki, uradowanej z swego dziecięcia. Była ona młoda i piękna, a śliczne dzieweczki z lśniącemi gwiazdami na głowach szły za nią.
Wiatr wschodni dał jej liść feniksa i oczy księżniczki zajaśniały radośnie. Wzięła za rękę księcia i zaprowadziła go do zamku, którego ściany lśniły tak tęczowo, jak kielich tulipanu, gdy się weń pod słońce patrzy. Dach zamku był też jednym kwiatowym kielichem i im więcej się było weń wpatrywać, tem stawał się wyższym i bardziej niedoścignionym. Książę zbliżył się do okna i spojrzał przez szyby. I nagle zobaczył drzewo wiadomości i węża ze stojącymi pod niem Adamem i Ewą.
— Czyż oni nie są wygnani? — zapytał, a księżniczka uśmiechnęła się i wytłumaczyła, że to czas wypalił na każdej z szyb jedną z dawnych historji. Tylko obrazy te nie były nieruchome: liście drzew się tam poruszały, ludzie szli i przechodzili, jak w czarodziejskich widokach. Na ciemnej szybie zobaczył tak książę sen Jakóbowy, gdzie drabina sięgała nieba, a aniołowie o szerokich skrzydłach zstępowali i wchodzili na nią. Wszystko, co tylko kiedykolwiek działo się na świecie, widział książę tam na szybach, a były to cudowne obrazy, które czas tylko mógł utworzyć.
Gdy je już obejrzał, księżniczka, uśmiechając się, zawiodła go do wielkiej, wysokiej sali, której ściany wyglądały, niby olbrzymie malowidła. Były tam przedstawione miljony świętych ale twarze ich żyły, uśmiechały się i śpiewały, co tworzyło jedną wspaniałą melodję. Ci z nich, którzy znajdowali się najwyżej, byli maleńcy jak pączki róży. Pośrodku sali stało wielkie drzewo ze zwieszającemi się gęstemi gałęziami. Złote jabłka wielkie i małe zwieszały się między niemi, jak pomarańcze. Było to drzewo wiadomości dobrego i złego, z którego kiedyś jedli owoc pierwsi rodzice. Z każdego z jego liści sączyły się powoli ciężkie, purpurowe krople, co wyglądało, jakby drzewo płakało krwawemi łzami.
— Wejdź ze mną do łodzi — rzekła księżniczka — woda nas orzeźwi. I łódź poczęła się kołysać, ale — o dziwo! nie ruszała się z miejsca, tylko brzegi wraz ze wszystkimi krajami świata same zaczęły ich mijać.
Więc najpierw przesunęły wysokie, okryte śniegami Alpy z obłokami i ciemnemi jodłami na zboczach; róg pasterski dźwięczał gdzieś przeciągle i pasterze śpiewali w dolinie. A potem zwisły nad rzeką bananowe drzewa, czarne, jak węgiel, łabędzie przepłynęły po wodzie, a osobliwe jakieś zwierzęta pokazały się na brzegu. To była Nowa Holandja, piąta część świata, która przesunęła się na tle błękitnych w oddali gór. I książę usłyszał śpiew dzikich kapłanów i dojrzał taniec wojowników przy dźwięku trąb drewnianych i kościanych piszczałek. Za tym obrazem spieszyły egipskie piramidy, sięgające obłoków, obalone obeliski i sfinksy, napół zasypane piaskiem. Za niemi zorza północna zapaliła się między lodowcami północy. Był to fajerwerk, jaki trudno opisać. Książę był nadzwyczaj wszystkiem uszczęśliwiony, widział bowiem to znacznie piękniej, niż tu opisać można.
— Czyż mogę tu na zawsze pozostać? — zapytał wreszcie.
— To tylko od ciebie zależy — odpowiedziała wróżka — dopóki tak, jak Adam, nie przestąpisz zakazanego, będziesz mógł pozostać w raju.
— O, nie zerwę nigdy jabłka z drzewa wiadomości! — zawołał książę. — Jest tu przecież tyle owoców taksamo pięknych, jak tamte.
— Wypróbuj się sam, a jeślibyś się nie czuł dość wytrwałym, wracaj dziś z wiatrem wschodnim — dodała jeszcze wróżka. — Wiatr powróci dopiero po stu latach. Czas ten upłynie tutaj jak tyleż godzin zwykłych, ale aby zgrzeszyć, na to nie trzeba wiele. Co wieczór będę cię wołała, abyś poszedł za mną, ale nie słuchaj tego. Nie idź wtedy za mną, bo z każdym krokiem wzrastać będzie twa ciekawość. Tak zaszedłbyś do sali, gdzie rośnie drzewo. Tam ujrzałbyś mnie śpiącą pod niem i uśmiechającą się przez sen. Ale gdybyś się wtedy nachylił i pocałował mnie w usta, zapadłby się cały raj głębiej pod ziemię i straciłbyś go na zawsze. Pochwyciłby cię gwałtowny wicher pustyni, a zimny deszcz zsiekłby włosy. Smutny, pełen udręki byłby wtedy twój dalszy los.
— Pozostanę — rzekł książę, a wiatr wschodni ucałował go w czoło i dodał: — bądź wytrwały, spotkamy się tu znów po stu latach. Bądź zdrów, bądź zdrów. — I wiatr wschodni rozpuścił swe wielkie skrzydła, lśniące jak ciche błyskawice podczas żniw, albo jak zorza północna w zimie.
— Bądź zdrów, bądź zdrów, — szeptały kwiaty i drzewa. Bociany i pelikany leciały za nim aż do wrót raju, długą wstęgą odprowadzając przybysza.
— Teraz zaczniemy znów swoje rozrywki — rzekła wróżka. — A kiedy słońce zajdzie, zobaczysz mnie, jak będę ci wskazywała drogę za sobą, usłyszysz, jak cię będę wołała, ale wtedy pozostań na miejscu. Przez sto lat usłyszysz codzień to samo. A po każdem przezwyciężeniu będziesz się stawał silniejszym i wreszcie przestaniesz zwracać uwagę na pokusy. Dziś zdarzy ci się to po raz pierwszy i dlatego cię ostrzegam.
Poczem wróżka zaprowadziła księcia do sali pełnej białych przeźroczych lilji, których pręciki tworzyły maleńkie, złote harfy, brzmiące cudownie. Tańczyły tam piękne dziewczątka, odziane w powiewające girlandy, śpiewając o szczęśliwości tych, którzy nie umierają, i o pięknościach wiecznie kwitnącego raju.
Słońce powoli zaszło, a wtedy całe niebo zalśniło od gwiazd, niby złote morze, a lilje zamieniły się powoli w najwspanialsze róże. Książę, pijąc szumiące wino, które mu podawały dziewczęta, czuł się tak radosnym, jak nigdy. I wtedy zauważył, jak rozwiera się powoli głębia sali. Zalśniło tam drzewo wiadomości w całym blasku, oślepiając księciu oczy, a śpiewy, które stamtąd szły, były słodkie i dobre, jak głos jego matki, która zdawało mu się, że śpiewa: „Mój synu, mój ukochany synu!“
Wtedy wróżka skinęła na niego i rzekła łagodnie: — pójdź za mną. I książę rzucił się za nią, zapominając ostrzeżenia, zapominając je już pierwszego wieczora. Zapachy wokoło stawały się coraz bardziej oszałamiające, harfy dźwięczały coraz słodziej, a miljony świętych głów w sali, gdzie stało drzewo, jakby pochylały się, śpiewając: Wszystko trzeba poznać, bo człowiek jest panem ziemi. Z liści drzewa nie sączyły się już, jak poprzednio, ciężkie, krwawe łzy; teraz były to purpurowe, lśniące gwiazdy. Pójdź za mną, pójdź, — dźwięczały wszystkie głosy, a za każdym krokiem krew żywiej krążyła w księciu i mocniej barwiły się mu policzki.
— Muszę iść — szeptał sobie — toć to jeszcze nie grzech. Któż nie pójdzie za pięknością i dobrocią? Muszę tylko zobaczyć, jak wróżka śpi. Nic się nie stanie, dopóki jej nie pocałuję, a na to mam przecież swą mocną wolę.
Tymczasem wróżka, stojąca pod drzewem, zrzuciła lśniącą szatę i za chwilę potem znikła w gęstwinie gałęzi. — Jeszcze nie zgrzeszyłem — mówił książę — i napewno nie zrobię tego.
I rozchylił gałęzie. Wróżka tam spała, wyglądała tak pięknie, jak tylko wróżki mogą w raju wyglądać i uśmiechała się we śnie.
Książę nachylił się nad nią i dostrzegł łzy na jej rzęsach.
— Czyż płaczesz za mną? — wyszeptał książę. — Teraz dopiero czuję, jak całe szczęście raju przenika me ciało i choćby mnie miała potem noc ogarnąć, taka jedna chwila warta jest tego. — I zcałował książę łzy z jej oczu, a potem dotknął ustami jej ust.
Nagle rozległo się przeraźliwe uderzenie gromu i wszystko gdzieś runęło ze straszną siłą; piękna wróżka i kwitnący raj zapadał się coraz głębiej: książę uczuł się ogarnięty przez nieprzeniknioną noc, w której migotała tylko jedna daleka gwiazda. Wtedy ogarnęło go śmiertelne omdlenie i długi czas przeleżał jak martwy.
Dopiero zimny deszcz, siekący mu twarz, i gwałtowny wicher ocuciły go znowu. — Co uczyniłem — jęknął wtedy — zgrzeszyłem jak Adam, który utracił raj na zawsze!
Tak biadając, otworzył książę oczy; gwiazda, która świeciła zdaleka, jak utracony raj, była gwiazdą poranną. Wtedy książę wstał i zobaczył, że jest tuż obok jaskini wichrów. Matka ich, gniewnie spoglądając na niego, wzniosła groźnie ręce w górę.
— Już pierwszego wieczora! — zawołała. — Takem przypuszczała. O, gdybyś był moim synem, dostałbyś się napewno na długo do worka!
— To go nie ominie — rzekła obok stojąca śmierć. Był to silny, stary mężczyzna z kosą i wielkiemi, czarnemi skrzydłami.
— Kiedyś włożę go do trumny. Ale teraz zostawiam mu jeszcze trochę czasu, aby, błąkając się po świecie, rozpamiętywał swój grzech; kiedy go już przeboleje, poniosę go w trumnie wysoko do tej gwiazdy. I tam jest cichy, piękny ogród, a jeśli na to zasłuży, tam pozostanie. Jeżeli jednak serce jego nie będzie wtedy czyste, strącę go wraz z trumną głębiej, niż zapadł jego raj, aby znów kiedyś po lat tysiącach do gwiazdy go podnieść, lub strącić jeszcze głębiej.

Leave a Reply

Your email address will not be published.